Służebnica Boża s.Teresa od Jezusa (Marianna Marchocka)

 

Żywot S. Marianny Marchockiej OCD

Marianna Marchocka, zakonie Teresa od Jezusa urodziła się 25 czerwca 1603 r., we wsi Stróże koło Zakliczyna  nad Dunajcem jako drugie dziecko Pawła i Elżbiety z Modrzejowskich. Starsza siostra Elżbieta była klaryską w Starym Sączu, młodszy brat Mikołaj studiował w Akademii Krakowskiej. Jeszcze przed urodzeniem dziewczynka doświadczyła szczególnej opieki Maryi, gdy Jej matka podczas podróży spadła z wozu i dotkliwie się potłukła. Istniała wielka obawa o życie dziecka, które nosiła pod sercem. W trwodze Elżbieta zwróciła się do Matki Bożej,  a kilka miesięcy później Marianna urodziła się zdrowa. Rodzice, Paweł i Elżbieta, byli ludźmi bardzo pobożnymi. Matka wychowywała Mariannę  oraz Jej starszą siostrę ucząc je modlitwy, zaufania w Bożą opiekę. Cieszyła się widząc w nich zamiłowanie do modlitwy. Zachęcała je, by gorliwie służyły Maryi, w święta maryjne wraz z nimi przystępowała do spowiedzi i Komunii św., pouczała  o odmawianiu różańca. Marianna w wieku 5 lat odprawiła pierwszą spowiedź, a w wieku 7 lat przyjęła Komunię św. Rodzice zagospodarowali Jej każdy dzień tak, by przez cały czas miała zajęcie: bądź na zabawę , bądź na modlitwę, na naukę, czytanie, czy robótki. Zapamiętała pierwsze poważne myśli, jakie w wieku czterech lat miała na temat swego życia: ”Będę wielką panną, znajdę skarb i będę budować kościoły”. Była tak przejęta tą myślą, że stała się bardzo ułożona, pobożna, nie uczestniczyła wraz z innymi w dziecinnych zabawach, lecz Jej ulubionym zajęciem było budowanie kościołów – z czego tylko się dało, na przykład z drewna lub cegieł. Często zanosiła do Boga prośbę: „Krzyż Panie Jezu Twój, niech to będzie żywot mój.” Zaczęło budzić  się w Jej sercu powołanie zakonne. Zastanawiała się do jakiego klasztoru  Bóg Ją wzywa. Pomimo, że Jej starsza siostra wstąpiła do klarysek w Starym Sączu, Marianny ten zakon nie pociągał. Podczas pobytu w Krakowie wraz z rodzicami odwiedziła karmelitanki bose, które niedawno przybyły do Polski. Tam wszystko Ją zachwyciło i zaczęła realnie myśleć o wstąpieniu do nich. Kiedy rodzice upewnili się, że Teresa chce zostać zakonnicą, byli na Nią bardzo zagniewani, zwłaszcza ojciec. Nawet patrzeć na Nią nie chciał, a przed każdym kto tylko przybył do nich, skarżył się i narzekał, że ich wpędza do grobu. Krewni utwierdzali go  w tym niezrozumieniu, przedstawiali mu, że to wstyd dla rodziny, że wszyscy przez nią będą cierpieli. Wszystkie te racje boleśnie dziewczynę dotykały, lecz Bóg nie dopuścił, by się wycofała ze swego postanowienia. Pewnego dnia ojciec wrócił do domu nietrzeźwy. W swym gniewie poszedł do Teresy i zapytał Ją, czy nadal trwa w swym „uporze” wstąpienia do klasztoru. Odpowiedziała mu, że tak i że ten zamiar jest ostateczny. Wydobył więc szablę, i z gniewem zamierzył się, by Ją zabić. W ostatniej chwili starsza córka Kunegunda, powstrzymała go  chwytając za rękę. Teresa nawet się nie przestraszyła i nie ruszyła się z miejsca, wolała raczej umrzeć, niż zmienić swój zamiar.”[1] Pod wpływem przeciwności Marianna zaczęła tracić siły do walki i postanowiła zostać w świecie. Wtedy doświadczyła za wstawiennictwem Św. Józefa doświadczyła wielkiej łaski. W dniu Jego Uroczystości , po Komunii Św. ukazał się Jej i napominał, żeby nie rezygnowała ze swych pragnień oddania się Bogu w zakonie, zachęcał do ufności w Bożą pomoc. To widzenie uspokoiło Ją i dodało sił, by wytrwać w postanowieniu zostania karmelitanką. 26 kwietnia 1620 r. wstąpiła do klasztoru Św. Marcina w Krakowie,  a po roku złożyła śluby zakonne. Doświadczała różnych przeciwności i cierpień, pokus, chorób, niezrozumienia i posądzeń ze strony przełożonej, sióstr i spowiedników. Jej siły duchowe, psychiczne i fizyczne tak się załamały, że prosiła Boga o utworzenie fundacji. Bóg odpowiedział na Jej modlitwy. Wkrótce dowiedziała się, że Sobiescy poprosili o przyjazd karmelitanek do Lwowa. Siostry, wraz z M. Teresą Marchocką, jako przełożoną wyjeżdżają tam w maju 1642r. Po kilku latach pobytu we Lwowie zmuszone są do ucieczki ze względu na niebezpieczeństwo zajęcia miasta przez Tatarów i Kozaków. W czasie podróży wiele razy na pomoc przychodził im Św. Józef.  „Tak w każdej potrzebie mniszki doznawały pomocy od Św. Józefa. Dziwili się temu wszyscy, którzy z nimi jechali, a kiedy słyszeli słowa „Józefie, Synu Dawida…”rozglądali się mówiąc, „gdzież jest ten Józef, którego te siostry ciągle wołają?”[2] Wróciły do Krakowa lecz nie na długo, ponieważ już w kwietniu 1649 wyjechały  na fundację do Warszawy. Dotarły tam po wielkich trudach i 2 czerwca zostały uroczyście wprowadzone do prowizorycznego klasztoru przez króla  Jana Kazimierza, fundatora Ossolińskiego i nuncjusza apostolskiego. Król i królowa[3] często zwracali się do Matki z prośbą o modlitwę i doświadczali Jej skuteczności, zarówno w sprawach państwowych, w działaniach wojennych i walkach, jak i w troskach i problemach osobistych i rodzinnych. Od 1650 roku Teresa stale chorowała. 16 września 1651r otrzymała stygmaty. W styczniu 1652 r. zrzekła się urzędu przeoryszy, a  19 kwietnia zmarła po lekkiej agonii. Po śmierci wiele osób przychodziło prosić Ją o wstawiennictwo w różnych intencjach i doświadczali cudów. Początkowo wchodzili oni do krypty, gdzie mieściła się Jej trumna, ale wraz ze wzrastającym kultem osób proszących o modlitwę było coraz więcej. Siostry wynosiły więc ciało do rozmównicy. Zachowywało ono swą świeżość, było nieskazitelne. Siostry fundacji warszawskiej wiele razy musiały uciekać z klasztoru, bądź to z powodu epidemii, najazdu Szwedów czy wojen. Wszędzie zabierały ze sobą ciało Matki. W 1818 r.  przybyły z nim do Krakowa, gdzie znajduje się po dziś dzień.


[1]  Por. tamże s. 32

[2] Tamże s. 72

[3] Król Jan Kazimierz i królowa Ludwika Maria